Mój Rzeźnik Ultra

Sobota 21 maja była dla mnie dniem szczególnym.Termin zaplanowanego niemal rok wcześniej biegu nadchodził i nie ukrywam, że towarzyszył mi również pewien niepokój. Rzeźnika normalnego biegłem i wiem co to znaczy, teraz dystans jest znacznie dłuższy. Na domiar złego na dwa dni przed startem została zmieniona trasa biegu. Wygląda to tak - masz w głowie wszystko zaplanowane, gdzie, co i jak a tu nagle jest to zmienione. Cóż nie zmienia to faktu, że najwyższy czas pakować ekwipunek. Docieram do Cisnej na godzinę 16 i pomimo dużej liczby samochodów, parkuję bardzo blisko startu. Rejestracja odbiór pakietu i zaznajomienie się z nową trasą to obowiązek. Po analizie trasy pakuję swoje ciuchy na przepak na 49km. Wrzucam drugą parę butów, skarpetki, spodenki koszulkę, buffa, czapeczkę (zapowiadali słoneczny dzień),kanapki, żele, batony i izotonik własnej roboty czyli woda z miodem i cytryną ze szczyptą soli. Oddaję przepak i jestem dumny z siebie, że tak sprawnie ze wszystkim się uwinąłem. Start godzina 22.00. Bębniarze walą w swoje kotły niemiłosiernie, szeroka ława ultrasów z czołówkami powoli opuszcza miejsce startu. Pierwszy punkt z wodą był na 18km i nie mogę powiedzieć, że było lekko łatwo i przyjemnie. Jest to godzina, o której normalni ludzie idą spać, a nie straszą zwierzynę po lesie. Drugi punkt jest ten sam tylko trzeba było zrobić pętelkę 20km i nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłem widząc tych samych wolontariuszy ponownie. Trzeci punkt był na 49km. Zbliżam się do niego bardzo radośnie, andrenalina we mnie buzuje, no bo jak ma być inaczej. Poranek, kiedy las się budzi do życia, jest niezapomnianą chwilą. Śpiew ptaków, szum potoku, wyniosłość gór i ten majestatyczny wschód słońca - po prostu pięknie. Jak biegniesz ultra jest to niesamowity zastrzyk energii. Wpadam na trzeci punkt, nie czuję zmęczenia, najchętniej pogonił bym dalej, taki byłem zachwycony tym co zobaczyłem i usłyszałem wcześniej. Podchodzę do wolontariusza i proszę o swój przepak. Szukamy, szukamy i nie ma. Po krótkiej chwili pytam, dlaczego tu są inne kolory worków, niż ten który ja dałem. Dostałem bardzo grzeczną odpowiedź, że te worki są na 103km i w ułamku sekundy mój nastrój diametralnie się zmienił. Powiem krótko, w baku widać rezerwę, brak paliwa (kanapek, batonów, żeli i własnego izo) nie ma. Nie ma też butów, skarpet, świeżej i czystej bielizny, czapeczki przed słońcem - no po prostu załamka. Szczęście w nieszczęściu jest to, że jest tu posiłek. Szału nie ma, ryż z jabłkami (nie cierpię) ale to zawsze jakieś paliwko. Postanawiam biec dalej i na następnym punkcie rezygnuję z biegu, ponieważ na rezerwie dalej nie pociągnę. Do mety jeszcze 32 km i mam przed sobą dwa szczyty. Docieram na czwarty punkt kontrolny i widzę przed sobą biegaczy, którzy właśnie rezygnują z biegu.

Jest to przykry widok, bo widzisz ludzi, którzy przegrali.Przegrali ze swoimi słabościami, kontuzją, przygotowaniem, ale moim zdaniem najbardziej ze swoją psychiką. Jak widzisz człowieka, który leży i nie potrafi rzec słowa, zrobić jakiegokolwiek ruchu. Następny, głowa schowana w dłoniach, albo kolega obok- z demonicznym wzrokiem- wpatrzony w jeden punkt. Przecięż te osoby parę godzi wcześniej tryskały entuzjazmem. Taka mała przestroga. Każdy kto chce biegać długie dystanse powinien wiedzieć, że są to biegi, które biega się głową. To od nas zależy, czy biegniemy, czy schodzimy z trasy. Mając przed sobą taką rzesze biegaczy, którzy zdecydowali się zakończyć ten bieg - zaczynam się łamać i ja. Podchodzę do kierowniczki punktu (bardzo ładna dziewczyna) i pytam: co by było gdybym chciał zrezygnować? Oddaj czip sędziemu przy macie i czekaj na transport do Cisnej, ale wyglądasz dobrze i myślę, że ukończysz- powidziała. To były słowa na, które czekałem. Wyruszam czym prędzej i mijam kilku ultrasów po drodze. Zaliczam pierwszy ze szczytów i moja motywacja słabnie. Nagle spotykam biały krzyż, przebiegam obok i czytam: Zołnierze nieznani zginęli i podany jest miesiąc i rok. Wkrótce kolejne krzyże i te same napisy - było ich około 10. Nie myśłem o biegu, tylko o tych młodych ludziach, którzy są tu pochowani. Docieram na piąty punkt, słaby, głodny, wyczerpany, w baku pusto, a do mety jeszcze 11km. Pytam o żele, niestety nie mają, ale częstują mnie ostatnim ciastkiem. Zjadam z wielką przyjemnością, ale to za mało. Mam do przekroczenia cztery razy rzekę, więc nawet nie ściągam butów, tylko przechdzę. Docieram na metę z czasem 19:29:48. Zaliczyłem 103km, w tym 4460 m w górę i 4470 m w dół. Kończąc powiem tak: Bieganie ultra jest jak narkotyk i możecie wierzyc lub nie, bardzo trudno jest się od tego uwolnić, po prostu uzależnia. Chociaż wiesz, że kolana będą bolały, mięśnie czworogłowe wołały pomocy, paznokcie- no cóż wyrosną nowe- pomimo jeszcze innych ultraprzyjemności to: na dzień dzisiejszy nie potrafię zrezygnować z tej dawki nieprzyjemności dla przyjemności przekroczenia mety biegu. Pozdrawiam Waldemar Puzio