MOJE CHAMONIX czyli biegiem przez ALPY

Przez Wenecję, Weronę, Padwę dojeżdżamy do Morgex, uroczej górskiej miejscowości, która przez tydzień będzie naszą bazą. Zamieszkaliśmy w dwu pokojowym mieszkaniu z widokiem na Alpy.

Coumayeur godz.7.00 startuje ponad 1500 biegaczy oklaskiwanych przez turystów, miejscowych mieszkańców oraz swoich najbliższych. Staram się nie ulec emocjom i zaczynam spokojnie, aczkolwiek pamiętam zalecenia Polaków, którzy startowali już w UTMB (Ultra-Trial Du Mont Blanc) aby nie zostawać na początku w ogonie ultra maratończyków, ponieważ na najwyższy szczyt Col Chavannes biegnie wąska ścieżka uniemożliwiająca jakiekolwiek wyprzedzanie.

Docieram do Lac Combal (1970npm), jest to 15-ty km , pierwszy punkt odżywczy. Jest już tu pełno biegaczy. Ustawiam się w kolejce po gorący rosołek, zabieram przy okazji kawałek bagietki i salami. Szybko się z tym uporałem, wypijam jeszcze colę i w drogę. Pogoda słoneczna, niebo jasnoniebieskie. Tylko nad szczytami gór gdzieniegdzie jakby przyklejone małe puszyste chmurki, wyglądające jak wata cukrowa. Pięknie, ale przede mną jeszcze ponad 100km, więc w drogę. Czeka na mnie jeszcze leżący po włoskiej stronie najwyższy szczyt Col Chavannes 2611m npm. Utrzymuję w miarę równe tempo, nie czuję zmęczenia, wchodzę na szczyt i ukazują mi się przepiękne widoki. Spotykam pierwszych Polaków. Mają jakiś problem, ale pokazują, że będzie Ok. Zaczynam zbiegać, wyprzedzam kolejnych ultrasów, a później oni mnie i tak na zmianę.

W Arpettes (1768) zaczyna się podejście na Col Du Petit ST-Bernard (2188). Docieram tam po 7 godz. biegu czyli o 13. Drugi punkt odżywczy był super wypasiony. Na stołach same pyszności: szynki, salami z migdałami (było przepyszne), sery, chrupiące bagietki, ciastka, cola, izotoniki, woda, bulion i wiele innych smakołyków. Straciłem tu trochę czasu i było mi tu bardzo dobrze. Jak o tym opowiadałem , kolega skwitował to słowami, cytuję: „ to my się o ciebie martwiliśmy a ty byłeś na pikniku ‘’ – pozdrawiam Cię Mariusz.

Pojawiły się pierwsze objawy samozadowolenia i lenistwa, które uwidoczniły się po wyjściu. Czekało mnie bardzo długie zbieganie, bo aż 15 km . Organizm zaczął się buntować, no bo przecież było tak fajnie, a tu znowu wysiłek. Wbrew pozorom zbieganie jest bardzo trudne, trudniejsze niż bieg w górę. Gdy jesteś na wysokości 2188m npm i masz znaleźć się na 813m npm to jest poważny problem. Raz z utrzymaniem rytmu biegu, a dwa to tak bolą paznokcie, że aż się chce wyć z bólu. Jeszcze większym problemem było to, że na ostatnim postoju nie uzupełniłem camelbaga i brakowało mi wody. Jednak góry mają to do siebie, że są strumyki i pomimo, że musiałem oddalić się od trasy aby uzupełnić wodę, warto było. Uwierzcie, chyba nigdy w życiu nie smakowała mi aż tak woda. Bez jedzenia wytrzymasz długo, ale bez wody twoje życie jest mocno zagrożone.

Jestem na 51 km w Bourg Saint-Maurice (813). Szpaler ludzi wita mnie typowym francuskim allez i każdy chce przybić piątkę. Kolejny punkt odżywczy, mając na uwadze błąd z poprzedniego punktu, w pierwszej kolejności szukam wody, aby uzupełnić bukłak. Spotykam uroczą i sympatyczną starszą panią z wnuczką, od której otrzymuję wodę oraz dużą ilość coli. Podjadam salami, zagryzam bagietką, zaliczam kolejny rosołek, przepijam colą i staram się wyjść z namiotu. Przy wyjściu młody człowiek wita mnie bonjour Waldemar(imię i nazwisko było przy numerze startowym) i zaczyna coś mówić do mnie po francusku. Nie rozumiem go w ogóle, ale po chwili pokazuje mi obowiązkowe wyposażenie jakie powinienem mieć. Młody człowiek był bardzo rygorystyczny i musiałem pokazać telefon, kurtkę przeciwdeszczową , ciepłe rękawiczki, czołówkę i zapas baterii do niej. Mam wszystko, pakuję znowu do plecaka i wychodzę. Czeka mnie koszmarny podbieg na Passeeur De Prolognan (2567).

Na odcinku 11 km musisz się wspinać ponad 1750m pod górę. Docieram na szczyt po 2,5 godz. Zaczyna się robić ciemno i zimno, więc zakładam ciepłą czapkę, kurtkę rękawiczki i zapalam czołówkę. Schodzimy bardzo ostro w dół. Jest tak stromo, że do skał przymocowane są liny dla bezpieczeństwa biegaczy. Wystarczył by jeden źle postawiony krok i lecisz w dół. Udaje mi się dotrzeć na dół bez większych problemów, oglądam się za siebie i widzę całą górę w migających światełkach, wygląda to prześlicznie. Bez dobrego oświetlenia nie ma szans zejść z tej góry. Docieram do Cormet De Roselend 67km. Tu znajduje się przepak, ale ja przyzwyczaiłem się do tego, że mam wszystko zawsze ze sobą. Plecak jest przez to ciężki, ale cóż tak mam. To co tutaj zobaczyłem zapamiętam na długo. Niektórych biegaczy ratownicy odprowadzają do autobusów, innym udzielają pomocy na miejscu. Widok był przygnębiający, ale pozbierałem się szybko, zostawiając te przykre wspomnienia. Szybki posiłek, parę ciasteczek i w drogę. Wychodzę z namiotu sam, nie ma nikogo, ani przede mną, ani nikt w tym czasie nie ruszył w trasę. Księżyc oświetla szczyty, a z daleka widzę małe punkciki czołówek. To biegacze, którzy już szturmują Col De La Sauce (2307). Ruszam energicznie ponieważ chciałbym ich dogonić. Wiadomo noc, więc w grupie raźniej. Dołączyłem do nich tuż przed szczytem. Tu znowu niespodzianka, strome i kamieniste zbieganie. Moje kolana, stopy i palce u nóg wołają o pomoc. Czułem bezsilność i złość a kręty zbieg wydawał się nie mieć końca. Kolejne kilometry uciekają mi dość szybko. Czuję solidne zmęczenie, ale nie mam ściany i mogę powiedzieć, że jest Ok. Docieram na 86 km do Col Du Joly (1989).Szybki bulionik przepijam dużą ilością coli i wybiegam z namiotu. Próbuję włączyć czołówkę a tu niespodzianka, obraziła się na mnie i nie chce świecić. Szukam w plecaku zapasowej latarki. Jest świeci, więc w drogę. Kolejny punkt to 95 km Les Contamines (1170). Dobiegam , słyszę oklaski i brawa, że aż serce zaczęło radośniej bić. Patrzę na zegarek jest godz.7.00 czyli jestem na trasie równe 24 godz. Siadam przy stoliku, biorę ciepłą herbatę i kawałek pysznego ciasta z bakaliami - zrobiło mi się błogo. Patrzę na mapę a tu do mety 22 km i trzy szczyty do zdobycia. Niby już tak blisko, ale piekielnie trudny odcinek przede mną . Spędziłem na punkcie zbyt dużo czasu (ok. 12 min.) i straciłem niemal całą posiadaną energię, a przy tym zaczęła mi spadać motywacja. Dodatkowo jeszcze brak snu chyba powoduje , że jest mi zimno. Poruszam się tak, jakby na zwolnionych obrotach, czuję się zmęczony i wyczerpany a tu podejście na Chalets Dy Truc (1721).Wyciągam komórkę, żeby zrobić zdjęcia ośnieżonym szczytom Mont Blanc, aby choć na chwilę zapomnieć o zmęczeniu i przypominam sobie sms od syna i jego treść

„ Ja też już drugi dzień wspinam się po górach damy radę tato” Po przeczytaniu tego sms powracają mi do głowy życzenia młodszego syna, który mówił, że jest pewny, że ukończę. Dostałem potężny zastrzyk energii, wstąpiło we mnie znowu życie. Zapominam o zmęczeniu i na nowo zaczynam dostrzegać piękno Alp. Mijam bez problemu kolejny szczyt i na mojej trasie pojawia się ostatni Col De Cricot (2120). Na podejściu wyprzedzam kilku ultrasów pomimo, że wychodzi się prawie pionowo i zdobywam szczyt o 9.37. Jestem na 102 km teraz to już właściwie w dół, chociaż kolana i stopy bolą, postanowiłem nie rozczulać się nad sobą. Dobiegam do Bellevue 106 km, mieści się tu ostatnia stacja kolejki szynowej na szczyt. To z tego właśnie miejsca większość alpinistów przybywających do Chamonix rozpoczyna swoją batalię o zdobycie Mont Blanc. Wiara w ukończenie biegu we mnie rosła i byłem pełen podziwu dla siebie, że tyle energii jest jeszcze we mnie, a wizja mety na wyciągnięcie ręki była niesamowita. W Les Houches 111km ostatni punkt z piciem. Wypijam szybko kubek coli i w drogę. Na punkcie spędziłem może 30 sek. Dobiegam do Chamonix , jest mnóstwo kibiców, którzy dopingują każdego biegacza. Im bliżej mety, która była usytuowana w centrum, tym więcej ludzi, braw, okrzyków allez, allez allez. Ruszam energicznie, wyprzedzam jeszcze kilku biegaczy. Z daleka widzę żonę, która czeka na mnie z flagą Polski, na której widnieje napis MARATOŃCZYK DĘBICA. Biegnę dalej widzę metę a za nią charakterystyczny biały kościół. Każdy kolejny krok napełniał mnie uczuciem szczęścia i wzruszenia. W ten sposób pokonałem kilkaset przecudownych metrów. Tuż za metą otrzymuję upragnioną kamizelkę z napisem FINISZER UTMB- TDS.

Trasę 119km100m pokonałem w czasie 29godz.41min.44sek. Zająłem 680 miejsce. Do mety w Chamonix dobiegło 17 Polaków. Ja przybiegłem jako 8 i najstarszy z Polaków.
Na starcie w Courmayeur stanęło ponad 1500 biegaczy. Ukończyło w Chamonix 1020, czyli ponad 500 zawodników nie ukończyło biegu.

Dziękuję wszystkim życzliwym ludziom, którzy przyczynili się, że mogłem brać udział w tym wspaniałym biegu i go ukończyć."

Pozdrawiam wszystkich
Waldemar Puzio

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA 2 OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA 5 6 7 8 OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA 11 12 13 14 15 16 OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2021